Archiwum

Posts Tagged ‘jesień’

Jesienna magia, magia jesieni.

23 wrzesień, 2009 RCA Dodaj komentarz

Spacer z pracy, skrajem parku, słuchanie muzy i delektowanie się chłodem wieczora, zapachem parku i bryzą znad stawu, światłami starego miasta i delikatnym szumem wiatru i liści na drzewach, pierwszym wieczorem tegorocznej jesieni… nastroiłem się. Bo tak ze mną jest, że jesień to moja ukochana i najbardziej wyczekiwana pora roku.

Czytaj dalej…

Jesień, wampiry i czegóż chcieć więcej.

11 wrzesień, 2009 RCA 2 komentarzy

Coraz większymi krokami zbliża się jesień – za oknem jest już dziś. Moja ulubiona pora roku, czas, w którym czuję się najlepiej, który jest magiczny i który zapowiada długie chłodne wieczory przy gorącej herbacie i ciekawych książkach, filmach, serialach… czas przemyśleń i decyzji. Magia zaczęła się dziś – wraz z jesienną pogodą przyszła seria snów – wyraźnych i zapamiętanych, jak nigdy wcześniej. Ale jesień to też czas premier nowych seriali. Dziś parę słów o właśnie upolowanym i obejrzanym premierowym odcinku nowego serialu “The Vampire Diaries“. Jesień, wampiry… czegóż chcieć więcej?

Czytaj dalej…

7 tygodni

12 grudzień, 2008 RCA 2 komentarzy

Jutro minie 7 tygodni od chwili gdy ponownie rozpocząłem pisanie bloga. Tego bloga. W sumie nie ma o czym pisać, to żadna okazja, ni rocznica, ni święto, ale jest jeden powód. Przekroczył blog 2000 odwiedzin. W owe właśnie niecałe 7 miesięcy. I za to ponownie Wam dziękuję.

Jak w każdym blogu mamy tu notki ciekawsze i mniej ciekawe, czy wręcz bzdurne i bezsensowne. Mi przyjemność sprawia gdy czytacie (to wiem po odwiedzinach) ale i gdy komentujecie. I jeśli mogę mieć prośbę na następne 1000 odwiedzin to komentujcie, dyskutujcie w komentarzach, stawiajcie mnie pod ścianą. Tego chce, tak mi róbcie.

Dziś leje, i nic w tym dziwnego. Mamy jesień. Coma na słuchawkach, Littell w głowie, szkolenie zanudza, testu dziś nie będzie, za to w poniedziałek trauma.

Kategorie:eRCeAlia Tagi:, , , , ,

Ponura jesień przy “Łaskawych” Littella

11 grudzień, 2008 RCA 3 komentarzy

Za oknem strugi deszczu zalewają Legnicę, ciężkie szare niebo wisi tuż nad głową, w sali szkoleniowej przytłumione światło, i ten hipnotyczny, uspypiający głos prowadzącego szkolenie z procedur, który po kilku sekundach zapomina co powiedział na początku wciąż rozwijanej wypowiedzi. Trochę żenada, trochę żal, a trochę wrażenie straty czasu.

Jesień na całego, a i w głowie jakby bardziej szaro i smutno. Nie wiem czemu. Myślałem, że może dwa dni gorszego nastroju miną szybko, a tu zonk i dalej na całego. Im dalej w dzień tym gorzej, rano było znośnie. Wczoraj znów nie mogłem zasnąć i w końcu jakoś po 1 w nocy mi się udało. Dobrze, że spałem chwilę po południu – dziś nie mam na to szans.

Wczoraj rozpocząłem lekturę książki pt.  “Łaskawe“, autorem której jest Jonathan Littell. Książka ma około 1000 stron, wczoraj połknąłem pierwsze 100. Zaskoczyła. Mocno. Stronnice tej powieści zaskakują – bezpośredniością opisów, brakiem ugłaskanej poprawności, wymownością słów i myśli głównego bohatera, i w końcu słowami “Nie żałuję niczego: taką miałem pracę i już. Co do moich rodzinnych historii, które też może tutaj przytoczę, to są one wyłącznie moją sprawą, a jeśli chodzi o całą resztę, pod sam koniec bez wątpienia przekroczyłem pewne granice, ale wtedy nie byłem już sobą, wszystko mi się mieszało, zresztą świat walił się w gruzy, nie ja jeden traciłem zmysły, przyznacie sami.” Powieść to swoiste wspomnienia byłego działacza, członka i oficera SS – postaci wykształconej (doktor prawa konstytucyjnego), uduchowionej (literatura, filozofia), ale i zbrodniarza, który cudem unika kary po wojnie. Powieść jest fikcją, ale czytając ją mamy wrażenie, że to wszystko się działo na prawdę. Szokuje beznamiętny ton wypowiedzi, szczegółowość relacji, brak skruchy. Szokuje cytowanie klasyków filozofii i niemalże obok opisy spotkań z wyższymi rangą funkcjonariuszami III Rzeszy.

“Die Berliner Kritik” nazywa powieść Litella książką niebezpieczną. I rzeczywiście coś w tym jest, bowiem od niemalże początku lektury towarzyszy czytelnikowi uczucie zagrożenia. Max Aue (główny bohater) kusi czytelnika swoimi słowami i myślami – fakt, że okraszonymi sprawną i efektowną retoryką. Problem w tym, że duża liczba jego argumentów jest niezwykle trudnych do zbicia. Czytelnik łapie się często na myśleniu – “on ma rację”. I tu tkwi zagrożenie. Wyobraźcie sobie bowiem przyznanie racji zbrodniarzowi, który mówi do nas tymi słowami: “Możemy także wyliczyć odstępy pomiędzy każdą kolejną śmiercią: daje nam to średnio jednego zabitego Niemca co 40,8 sekundy, jednego zabitego Żyda co 24 sekundy i jednego zabitego bolszewika co 6,12 sekundy, czyli średnio jedną ofiarę co 4,6 sekundy. (…) z zegarkiem w ręku, policzcie sobie: jeden trup, dwa trupy, trzy trupy… etc. co 4,6 sekundy, próbując “ujrzeć” je przed sobą kolejno: jeden, dwa, trzy trupy. Zobaczycie, to niezłe ćwiczenie medytacyjne.

Jesienne wieczory, pełne deszczu i szare dni, pełne ciężkich chmur to niezwykle wyjątkowy czas na lekturę powieści takiej jak “Łaskawe”. W sieci spotkać możemy taką ocenę “Łaskawych”: “Gigantyczny fresk historyczny przedstawiający ostatnie lata Trzeciej Rzeszy, wydarzenia na froncie wschodnim II wojny światowej i dzieje Zagłady. Wielowątkowa, licząca kilkaset stron epopeja nasycona aluzjami do greckiej tragedii, zbudowana na wzór suity Johanna Sebastiana Bacha. Filozoficzna przypowieść o Upadku i spotkaniu człowieka ze Złem. Powrót Mitu i jeszcze jedna konfrontacja z historią XX wieku, która u progu trzeciego tysiąclecia nadal pozostaje nie zagojoną raną…” – Pierwsza epopeja XXI wieku.

Rzeczywistość

10 grudzień, 2008 RCA Dodaj komentarz

Pogoda jest zjebana. Ja od dwóch dni mam jakiś dziwny nastrój, nie bardzo mam ochotę robić cokolwiek. I najlepsze jest to, że wiem z czego to wynika. Znów liczę kasę. I to jest jeden wielki zonk. Te wszystkie elementy finansowe, które są ode mnie absolutnie niezależne wkurwiają mnie najbardziej. Już wiem, że mi na pewne sprawy kasy zabraknie, a to mi ewidetnie spędza sen z powiek.

Ja nawet gotów jestem pracować gdzieś jeszcze niż obecnie. Z pracy do pracy. “Hej, co u ciebie? A w porządku, standardzik. Praca, praca, dom. Praca, praca, dom.” Nic tylko się pociąć. Najlepiej suchą bułką. Ale nawet jeśli chcę to nie mam takiej możliwości. Obecnie będę pracował na zmiany i to dość skutecznie blokuje mi możliwości inne. Moja ukochana firma zafundowała nam zmiany organizacyjne. Jest dobrze, ale pewne opcje się zamykają.

Co robi absolwent politologii w McDonaldzie? Sprzedaje frytki.

I co mam zrobić? Nie, nie pracuję w McD, ale mógłbym, nie? Życie. Najbardziej drażniące jest to, że jestem bezsilny i absolutnie nie mogę nic zrobić. E tam nie mogę – ktoś mi powie – mogę się zwolnić. No. Mogę. Tylko co wtedy?

Wkurwa mam. Widać? Najchętniej to bym się wyrwał na weekend z kieratu myśli i otoczenia. A w ogóle to dlaczego nie ma już magii? Chciałbym być magiem.

Inspiracja

9 grudzień, 2008 RCA Dodaj komentarz

Dziś, przez krótki moment od wyjścia z pracy, niebo nad Legnicą było magiczne. Zestawienie kolorów jakie na nim się pojawiło przyprowadziło wyobraźnię do punktu, który powiedział mi tak: tak by wyglądało niebo, gdyby płonęło.

Pytanie – czy niebo może płonąć? Czy tak np. wyglądałoby niebo, w którym toczyłaby się wojna pomiędzy aniołami?

Takie widoki inspirują. Do tysiąca myśli. Do tysiąca ucieczek.

Takie tam…

1 grudzień, 2008 RCA 6 komentarzy

Miałem przez ostatnie dni kilka pomysłów na napisanie notki. Wczoraj na dworcu PKP Wrocław Główny, siedząc w restauracji KFC i czekając na pociąg do Legnicy już nawet zaczynałem notkę pisać. Ostatecznie nic z tego się nie stało. Notka nie powstała.

Dziś mamy 1 dzień grudnia, a przysiągłbym, że jeszcze chwilę temu była wiosna. Od rana siedzę na szkoleniu w ramach mojego nowego stanowiska pracy. Zapowiada się bardzo nudny miesiąc. Nie ma o czym pisać. A co gorsza, nawet nie powinienem o tym pisać. Więc nie będę.

Notkę piszę by podzielić się z Wami moim cierpieniem ;) Nic mi się nie chce. Poranek był wyjątkowo ciężki, kilka dni zwolnienia i weekend mnie rozleniwiły. Nie chciało mi się absolutnie wstawać i iść do pracy. No ale jakoś się zwlokłem i oto jestem…

Pojawiać się zaczynają plany na sylwestra. Póki co dostałem jedną ciekawą propozycję, która, czego nie ukrywam, będzie moim faworytem. Zgódź się!

Dobrze mi zrobiła kilkudniowa przerwa od pracy i urządzania mieszkania. Niestety – wracamy do rzeczywistości. A Wam jak się udał weekend?

Podróż

16 listopad, 2008 RCA Dodaj komentarz

Podróże kształcą – powszechnie znana prawda jest jak najbardziej aktualna. Nie dalej jak wczoraj rano udałem się w podróż do Kamy do Ludwikowic Kłodzkich w Górach Sowich, rzut beretem od Nowej Rudy leżących. Pojechałem naprawić zepsuty komputer i pogadać z dawno nie widzianą miłością mojego życia. Nie wchodząc w szczegóły powiem, że tak dobrego weekendu nie miałem już bardzo dawno. Gadaliśmy szczerze, sympatycznie, bawiliśmy się z małym pieskiem (he he he) i w ogóle było tak jak być powinno. Szkoda, że tak krótko i nie wiadomo kiedy, i w ogóle czy, się powtórzy. Chciałbym.  Dziękuję za wszystko :)

Ale wracając do podróży… Rozpocząłem ją od wyjazdu na PKS trochę wcześniej – zaplanowałem zjeść śniadanie na dworcu w oczekiwaniu na autobus. Już będąc tam wpadłem na pomysł by udać się do ostatniego chyba w Legnicy baru mlecznego. Był to najprawdziwszy bar mleczny z epoki, kiedy wszystkim nam było lepiej (części z Was pewnie nie było nawet wcale ;P). Klasyczny, full wypas, klimatyczny bar mleczny. I tak… sztućce miały wyryte cyrylicą info o producencie i uwaga… numerki miały!, na talerzach stało klasyczne logo społem, zaś herbatę dostałem w szklance na spodeczku! Rewelacja! Za marne grosze zjadłem sobie podwójną jajecznicę na maśle i zagryzłem dwiema bułkami. Najadłem się jak mało kiedy na śniadanie się najadam. To było piękne. Niestety, jak się dowiedziałem od pani za ladą – fachowo nazywanej ekspedientką ;) – bar będzie zamykany, bo leciwy już właściciel sprzedał go jakiemuś młodemu. A młody zrobić pewnie będzie chciał jakiś pub, albo co innego. Kicha. Tak czy inaczej – kto żyw i w stanie niech pędzi do Legnicy gdzie na przeciw dworca głównego jest rewelacyjny bar mleczny.

Sama podróż PKSem minęła mi dość szybko, a autobus najgorszy nie był. Ot taki mały żuczek od Zasady. Średnio wygodnie, ale zawsze. Wracając miałem wygodniej. Jesienna pogoda dziś dała się we znaki – obserwowałem z okien autobusu ciężkie deszczowe chmury, nabrzmiałe od wody, gotowe w każdej chwili zrosić zziębniętą przenikliwym i silnym wiatrem ziemię. Nie zrosiły. Ale zimno było i już pewnie tak będzie.

Lubię podróżować, choćby tak niedaleko jak do Kamy. Lubię odrywać się od kieratu codziennych powtarzalnych czynności, zrobić coś innego, skierować myśli na inne tory. Przede wszystkim jednak lubię obserwować to jak piękna jest Polska – i to niezależnie od pory roku.

Czarny kocur

12 listopad, 2008 RCA Dodaj komentarz

Wychodząc z budynku Firmy niespiesznie zszedłem po kilku prowadzących do niego stopniach. Wyciągnąłem odtwarzacz mp3 – Creative Zen V – i odpaliłem najnowszą płytę Comy – Hipertrofię. Skierowałem swe kroki w lewo, idąc powoli na autobusowy przystanek linii 23 Miejskiego Przedsiębiorstwa Komunikacji w Legnicy. Pogoda iście jesienna. Niby to godzina 16, ale jakoś tak mocno szaro, lekko-średnie powiewy chłodnego, przesyconego wilgocią wiatru, ludzie wracający do domów, spieszący na zakupy tuż po pracy… Podwórko budynku Straży Miejskiej, stojącym tuż obok parkingu Firmy, pani w średnim wieku metalowymi grabiami zagarniała z chodnika zeschnięte liście. Nie zwróciła na mnie uwagi, ja na nią zresztą też nie – patrzyłem na grabie. Szedłem dalej na przystanek. Od Firmy mam do niego około 300 metrów, a może mniej? Nie liczyłem.

Doszedłem do Dużego Skrzyżowania, na którym akurat zmieniało się światło dla pieszych z zielonego na czerwone. Zdążyłem połowę przejść legalnie gdy musiałem na chwilę się zatrzymać na wysepce by puścić pędzące samochody. Obserwowałem stojącego na drabinie, opartej o bilbord znajdujący się po drugiej stronie jezdni, gościa, który zrywał starą reklamę, jej szczątki rzucał w krzaki pod bilbordem, a w ich miejsce wieszał nową – Real rzuca na dniach do sklepu gotowany baleron za jedyne 11 zł z groszami za kilogram. Pasjonujące. Kiedy nadal jeszcze było czerwone światło, ale nic już nie jechało, dokonałem wykroczenia i przeszedłem na drugą stronę. Skręciłem w lewo i już tylko 100 metrów prostej drogi dzieliło mnie od przystanku.

W połowie drogi jest kolejne skrzyżowanie – Małe Skrzyżowanie – bez świateł. Na drugiej stronie ulicy, na ściętym rogu budynków znajdują się dwa okna. Paliło się za nimi lekko sodowe światło, zaś w prawym oknie siedział czarny kocur. Duży, puchaty, czarny kocur. Spojrzał na mnie. Uśmiechnąłem się do swoich myśli nucąc pod nosem najnowsze kawałki Comy, na co kocur zamiauczał. Spojrzałem w lewo. I dobrze – koło mojego kolana zatrzymał się właśnie samochód, którego kierowca coś mamlał w zębach. Nie słyszałem go. Ruszyłem przez przejście na drugą stronę. Kota w oknie już nie było…

Długi weekend

11 listopad, 2008 RCA 1 comment

Właśnie się skończył. Prawda? Kto miał? Przyznać się. Ja nie miałem. W poniedziałek, kiedy większość radośnie wypoczywała byłem normalnie w pracy. Dziś, kiedy większość radośnie spacerowała i cieszyła się z 90 lat niepodległości kraju, ja siedziałem na budowie. Wczoraj po pracy też siedziałem na budowie, i w sobotę siedziałem… i w piątek… jedynie niedziela była wolna od tej przyjemności. Spędziłem ją w domu odpoczywając, grając, oglądając film i słuchając muzyki. Nic nie ugotowałem, bo w sklepie nie dostałem tego co chciałem, więc zrobiłem coś z mrożonki. Samo życie.

Ale za to na budowie coś się zaczęło posuwać do przodu. Jedni goście kończą robić ściany, które i tak będą szły do poprawek… a właściwa ekipa (1/3 ekipy – 1 człowiek – by być ścisłym) zrobiła już jedną ścianę w łazience – yuppi! Po tym jak wreszcie przerobiliśmy wodę i kanalizację, przesunęliśmy gniazdko, które w innym wypadku wyszłoby w kabinie (sic!), wysmarowaliśmy wszystko folią w płynie, dziś udało się właśnie zrobić tę ścianę. Dobrze jest. Jutro dalej. W piątek za to rusza robota w kuchni – fartuch, terrakota, wzmocnienie barku. Trzy dni i kuchnia gotowa będzie na przyjęcie mebli – te z kolei będą dopiero za czas jakiś.

Od wczoraj słucham namiętnie Hipertrofii -  nowego albumu Comy – i mówię wprost, bez ogródek – jest zajebisty! Szerszą recencję zamieszczę na dniach – być może jutro, a może pojutrze. Zobaczę jak będzie z weną do pisania. Powiem tylko tyle, że nie mogę się doczekać koncertu…

Z innych spraw – miałem ochotę napisać dziś o tęsknocie, przyjaźni, o cyklach zmian w moim życiu, o jesieni, wietrze, liściach na chodnikach, o dniu niepodległości, patriotyzmie, i tak dalej… nie napiszę, bo i tak nikt tego nie czyta, ani nikt nie komentuje. Co prawda piszę dla siebie, ale tyle to ja mogę w środku, w Czesiu…