Swego czasu była w Polsce moda na wyjazdy do USA, każdy prawie miał tam wujka, każdy prawie dostawał paczki. To była taka nasza narodowa cecha. “Cześć jestem z Polski, ale mam wujka w USA”. Nie kocham USA. Ba! Zaryzykuję stwierdzenie, że kraj ten jest dla mnie tak odpychający i szalenie nieprzyjazny, że już wolałbym nazistowską III Rzeszę. Nigdy nie zazdrościłem ludziom tam mieszkającym poziomu życia, ani możliwości, ani skrajnie postrzeganej wolności. Prawie nic w tym kraju mnie nie pociągało – są jedynie dwie rzeczy, które spowodowałyby, że na chwilę bym tam pojechał.
Jedną jest fakt wycieczki krajoznawczej – z przyjemnością pooglądałbym cuda natury, wodospady, kaniony, parki i Misia Yogiego. Więcej co zwiedzać tam nie ma. Więc nie ciągnie mnie też ten motyw tak, jak na przykład ciągnie mnie ostatnio na Bliski Wschód – do Syrii, Libanu, Izraela nawet – czy nieco bardziej na wschód – Irak – czy w końcu też na południe – Arabia Saudyjska, Egipt, Libia… Konik w postaci “jedź, pozwiedzaj” rośnie we mnie dość szybko od paru miesięcy. Muszę też w końcu zakupić Koran.
Druga rzecz jaka byłaby w stanie mnie do USA na jakiś czas ściągnąć to możliwość uczestniczenia i obserwowania z bliska wyścigu prezydenckiego – i to niezależnie czy po stronie republikanów czy demokratów. Od czasów studenckich fascynuje mnie kwestia marketingu politycznego, a chyba w żadnym innym kraju nie jest on tak rozwinięty i tak profesjonalny jak właśnie w USA. Chwilę temu skończyłem na jutiubie oglądać głośną i słynną już 30-minutową reklamówkę Baracka Obamy, demokratycznego kandydata do Białego Domu, w której Obama na przemian pokazuje życie (oczywiście specjalnie wyselekcjonowanych) tzw. “zwykłych ludzi” i prezentuje swój program wyborczy – tu oczywiście hasła poparte obrazami. Reklamówka jest genialna i nawet na człowieku z Polski, nie mającym nic wspólnego z USA, nie mającym nic wspólnego z problemami tego kraju, zrobiła ona wielka wrażenie. Nawet ze dwa razy przeszły mnie ciary.
Oprócz ciar przyszła refleksja. Szybki flashback i obrazy wystąpień naszego rodzimego prezydenta L. Kaczyńskiego, jego ogładę, sposób wysławiania się, empatię… w ogóle przesunął mi się przed oczami korowód reklamówek partyjnych – od Mordo Ty Moja, poprzez odpowiedzi PO, po najnowsze “dzieła” SLD… Ja doskonale rozumiem, że jesteśmy młodą demokracją, że nie wszystko działa tak jak powinno, że wiele się musimy nauczyć, że Polacy to w zdecydowanej większości ciężkie przypadki niemyślenia… Ale do jasnej cholery – Internet, YouTube, teoria marketingu politycznego, kreatorzy wizerunku (nie, nie, i jeszcze raz nie Tymochowicz), czy zwyczajnie spece od reklamy są w naszym kraju takie i tacy sami jak w USA i na całym świecie. Dlaczego zatem nasza rodzima kampania wyborcza przypomina peerelowskie dożynki, pochody pierwszomajowe, i to wszystko co jest przaśne i zwyczajnie “antyczne”. Właśnie tego poziomu debaty politycznej, sposobu prowadzenia tejże debaty, czy wreszcie sposobu prowadzenia kampanii wyborczej na najważniejszy na świecie (nadal niestety) urząd w państwie zazdroszczę.
Trochę mi smutno z tego powodu, bo Polski nigdy się nie wstydzę i nigdy nie zostawiłbym jej. Ale do jasnej cholery – czy nas nie stać na to by pokazać, że “Polacy nie gęsi…”?
Najnowsze komentarze