Zakończyłem czytanie dwóch powieści Mai Lidii Kossakowskiej – „Siewcy Wiatru” oraz „Rudej Sfory”. Czas podzielić się z Wami odczuciami względem tych książek. Jednym słowem wstępu – podobały mi się. Ale…

Ponad rok temu poznałem twórczość Mai Lidii Kossakowskiej wyrażoną w powieści „Zakon Krańca Świata”. Do wyżej wspomnianych powieści nie czytałem nic więcej z racji tego, że np. antologie opowiadań wszelakich najczęściej omijam szerokim łukiem. Tak też stało się względem Kossakowskiej. Opowiadań jej nie czytałem i czytać nie zamierzam – nie dlatego, że mi się mogą nie spodobać, ale dlatego, że gdy biorę do ręki książkę to chcę by zabrała mnie ona w podróż długą, nie kończącą się po chwili. Przystępując do tej mini recenzji – co pragnę podkreślić, gdyż nie jestem i nie pretenduję do roli krytyka literackiego, brakuje mi warsztatu i przygotowania merytorycznego, a pisać głównie będę o moich odczuciach względem poznanych pozycji – mam zatem porównanie trzech powieści Kossakowskiej: „Zakon Krańca Świata”, „Siewca Wiatru” oraz „Ruda Sfora”. „Rudą Sforę” skończyłem czytać w sobotni wieczór, moje wrażenia są wobec tego względnie silne i świeże.

Nie chcę Wam opowiadać o czym jest dana książka – chcę byście wzięli je do ręki i sami przeczytali. Nie będę się wgłębiał w fabułę i jej niuanse – powiem jedynie tyle, że w każdej z wyżej wymienionych powieści fabuła jest ciekawa i pozwala na odbycie ciekawej podróży do innych światów, a w zasadzie zaświatów. To jest pierwszy element, który w zasadzie łączy powieści Kossakowskiej. W każdej mamy alternatywny świat, w każdej mamy element duchowości, wyższych poziomów świadomości. W każdej w końcu mamy wizję apokaliptyczną względem świata, który opisywany jest w pierwszych słowach powieści. Oczywiście światy te, mimo, że tożsame powyższymi elementami, są światami różnymi i światami bardzo ciekawymi – w „Zakonie” mamy upadły świat cywilizacji, zniszczone miasta, zniszczone stosunki społeczne – to wszystko przywodzi na myśl wizję upadku tzw. Cywilizacji Zachodu (tfu! nie znoszę tego określenia), bohaterami są ludzie, nieco inni niż nasi sąsiedzi, ale jednak ludzie; w „Siewcy” mamy świat oparty na kosmologii angelologicznej – mamy siedem kręgów nieba i siedem kręgów piekła, mamy ziemię niczyją pomiędzy kręgami i mamy w końcu ziemię – bohaterami są głównie aniołowie – Ci prawomyślni i Ci upadli; w końcu w „Sforze” mamy świat oparty na mitologii ludów zamieszkujących tajgę syberyjską, w którym główną rolę odgrywają ludzie – szamani, ale i postaci i bogowie mityczni. Taka mała dygresja to to, że ów syberyjski świat bogów jawi mi się jako synteza mitologii wielkich religii monoteistycznych (mamy kręgi nieba i kręgi otchłani – piekła) i mitologii północnoeuropejskich i wschodnioeuropejskich opartych na znanym (mi ;P) głównie z mitologii germańskiej (skandynawskiej) drzewie – osi świata – wielkim Ygdrassilu. Koniec dygresji.

We wszystkich powieściach i światach Kossakowskiej pojawiają się istoty duchowe – są to potężne duchy, anioły (z całej anielskiej hierarchii), szamani, bohaterowie (w sensie istot nadprzyrodzonych), bogowie, czy wreszcie Stworzyciele. To jest ten drugi element łączący powieści Mai. On wypływa niejako z tego pierwszego. Trzeci ważny element, który jest podobny we wszystkich jej powieściach to postać głównego bohatera. Co łączy silnego i doświadczonego Larsa Bergesona z pół aniołem-pół upiorem Daimonem oraz niespełna trzynastoletniego Ergisa? Wszyscy mają za zadanie uratować świat – ten zarysowany na pierwszych stronach powieści. Uratować przed zmianami, które następują w rytm toczącej się opowieści. Bergeson walczy (czy raczej droczy się) z kastą swego rodzaju zakonników, którzy chcą narzucić i zdominować zasady rządzące światem, Daimon musi stanąć oko w oko z Antykreatorem, który pod nieobecność Boga zamierza zniszczyć Niebo i Piekło, czy wreszcie Ergis staje przed Stworzycielem by prosić go o interwencję w zabijanym przez Rudą Sforę świecie i ratunek dla niego.

Maja Lidia Kossakowska pisze ciekawie i w sposób przemyślany. Nie ma u niej miejsca na niedociągnięcia i na błędy merytoryczne – szczególnie w tak trudnej dziedzinie jak duchowość i mitologie, religie. Jej książki napisane są lekkim piórem, porywają do wspólnej podróży w głąb pokazywanego świata, ale i w głąb duszy głównych bohaterów. Kossakowska pokazuje nam, że dobro i zło są względne – nie ma czegoś takiego jak dobro czy zło absolutne, często okazuje się, że dobro jest złem, a zło potrafi być dobrem. To jest jedna z największych zasług Kossakowskiej – zmusza nas do spojrzenia na siebie samych z innej pespektywy, pokazuje, że świat nie jest tak prosty jakbyśmy tego chcieli, że ważne jest by podejmować właściwe wybory. Bo to one określają czy czynimy dobro, czy zło, tak samo jak wybory dobra z założenia wcale nie muszą nieść dobra, a wybory zła nieść zła. Każdy z nas ma w sobie i dobro i zło – być może to truizm, ale nie każdy z nas o tej prawdzie pamięta, czy chce pamiętać.

Jedyny mój zarzut wobec Kossakowskiej dotyczy właśnie zarysowanej wyżej schematowości jej powieści. Gdybym był nastawionym negatywnie do niej krytykiem to być może napisałbym, że czytając jedną powieść czytamy pozostałe – nie napiszę tak jednak z jednej przyczyny. Każda powieść Kossakowskiej odkrywa przed nami zupełnie inną rzeczywistość – innych ludzi, inne uczucia, punkty widzenia, czy właśnie wspomniane wybory. Po powieści Mai Lidii Kossakowskiej warto sięgać niezależnie od schematów w nich zawartych – każda bowiem pokazuje nam inny ciekawy świat pełen magii i duchowości – warto uciekać z Kossakowską w te światy, zostawić za sobą ten nasz rzeczywisty, a po powrocie z wycieczki spojrzeć na nas samych i otoczenie nieco inaczej. Maja Lidia Kossakowska pokazuje nam prawdy uniwersalne, to prawda, ale w dzisiejszych czasach nie jest to coś złego. Zbyt często o tych prawdach zapominamy i zastępujemy je czymś wygodniejszym. Zrywamy z naszą duchowością i rzucamy się w objęcia idei lekkich, łatwych i przyjemnych – powieści Kossakowskiej pokazują nam jak to może się skończyć.