72263072Nicolas Cage jest takim aktorem, któremu raz filmy wychodzą, a raz nie. Najczęściej na przemian. „Skarb Narodów” był ok, ale „Skarb Narodów 2” już mniej, choć mi się względnie podobał. „Ghost Rider” był niemalże genialny, ale krótko przed nim oglądalem jakiś remake Cage’a, którego tytułu już nawet nie pamiętam, a który spowodował, że chciałem wyjść z kina w trakcie – co mi się dotąd nigdy nie zdarzyło. Wczoraj obejrzałem „Bangkok Dangerous”, znany u nas jako „Ostatnie zlecenie”. Film jak film, bywało lepiej, bywało gorzej. Nie powala.

Fabuła jest… hm… tendencyjna jakaś taka mi się wydaje. Mamy samotnego, żyjącego na walizkach płatnego zabójcę, który po latach profesjonalnej roboty, nagle zaczyna mieć obiekcje. Nie tyle wyrzuty sumienia, co takie myśli po co. Postanawia wykonać ostatnie 4 roboty w Bangkoku i się wycofać z interesu. I wszystko byłoby ok, ale… musiał się zakochać w tajlandzkiej niesłyszącej piękności, wziąć na ucznia bezczelnego łącznika, podpaść bossom. Robi się straszno i śmieszno momentami. Film jak film. Mało widoków, mało atrakcji, w zasadzie bez efektów. Trochę strzelania, trochę akcji… takie cage’owe to wszystko trochę.

Film da się obejrzeć jako typowy zabijacz czasu. Wielkiej wartości za sobą nie niesie, nie zmusza do przemyśleń, nie brata z głównym bohaterem. Jest przewidywalny. Tak aktor, jak i film.