190b621c7a44a36a1d10b5479127a10e__136_b976c49ed16ccf10463f749b01ca1a32__136_852fb07ca3e7b3c3f7e0381659cd2327__136_fcfdca72746e16b81a94b118c2bc885d__136_

Dawno, dawno temu, za siedmioma górami i siedmioma morzami, pośród strasznego i starożytnego lasu wiodła droga… „Droga do Nidaros„. Jak się wkrótce okazało była ona niczym innym, jak kolejnym, i jeszcze doskonalszym dziełem „Pierwszego Grafomana Rzeczypospolitej” – Andrzeja Pilipiuka. „Droga do Nidaros” rozpoczęła cykl „Oko Jelenia”, którego czwarta część właśnie weszła do księgarń. Oto krótki opis poszczególnych części powieści.

* * * * *

190b621c7a44a36a1d10b5479127a10e__136_Droga do Nidaros” zaczyna się niczym klasyczny horror Hitchcocka. Mamy szok, a później nasze, już przecież wielkie jak spodki oczy, robią się coraz większe i większe. Jak się okazuje Ziemia ulega całkowitej zagładzie, a jedyni uratowani z tej masakry ludzie to Marek i Staszek, oraz gmach Biblioteki Narodowej w Warszawie. W zasadzie Marek i Staszek to wypadek przy pracy, bowiem w czasie gdy kosmiczny nomad kradł bibliotekę, byli w jej pobliżu. Wielki kosmiczny ślimak – Skrat – szybko czyni z naszych pobratymców swoich niewolników, oddaje ich „pod opiekę” gadającej Łasicy – kombinacji futrzaka i maszyny – i rzuca w wir wydarzeń XVI-wiecznej Norwegii, gdzie ścierają się interesy Katolików i Luteran, Norwegów i Duńczyków, a na dokładkę Hanzy. Do Marka i Staszka dołącza zresztą jeszcze jedna postać „nie z tej bajki” – młoda szlachcianka z okolic XVIII-wiecznego Lublina. Ich misją jest odnalezienie oka jelenia. Jest tylko jeden problem… nie mają pojęcia co to jest, a w dodatku większość ich starań skupia się na tym jak przeżyć w niegościnnej, całkowicie obcej XVI-wiecznej Norwegii.

Widoczny zza drzew szary gmach Biblioteki Narodo­wej świecił dziwnym blaskiem. Na naszych oczach przy­brał malinową barwę i zniknął. Huknęło, wiatr targnął krzakami, nagły spadek ciśnienia zatkał nam uszy.
– Antymateria chyba tak nie działa – mruknął Sta­szek.
– Powietrze uderzyło w próżnię, stąd ten dźwięk – wysunąłem hipotezę. – Ktoś… Komuś zrobiło się żal tych pięciu czy sześciu milionów książek, które uległyby spa­leniu, zabrał je sobie. Razem z opakowaniem, to znaczy budynkiem.
– Kto? – zdumiał się.
– Znajduję tylko jedno wyjaśnienie – mruknąłem. – Fantastyczne i idiotyczne, ale… Ale to może być nasza szansa! Nie masz ochoty zostać bibliotekarzem?
– U ufoków? – Staszek załapał od razu. – Jasne!
– Wiesz, jak tam dojść? Prowadź!
Nie zdążyliśmy się ruszyć. Krzaki przed nami po­żółkły i w mgnieniu oka rozsypały się w pył. Poczułem, że żołądek podchodzi mi do gardła. Dopiero teraz, pa­trząc na tę istotę, uwierzyłem w wypowiedziane przed chwilą słowa. Stał przed nami. Matowoszara plamista skóra lśniła niczym naoliwiona. Stwór wspierał się na kilku mackach, podobnych ni to do trąby słonia, ni to do odnóży ośmiornicy. Ziemia wokół nich pokryta była śluzem, jak po przejściu gigantycznego ślimaka. Woko­ło ciała stwora ku ocalałym chaszczom ciągnęło się coś w rodzaju szarej pajęczyny. Stworzenie nie miało głowy, mimo to czułem, że widzi nas przez dziesiątki fosfory­zujących dziurek pokrywających całą powłokę. Nie był duży, tak ze dwa i pół metra wysokości. Cuchnął jakby grzybami.
– Dzień dobry – wykrztusiłem. – Chcieliśmy zapro­
ponować naszą pomoc w porządkowaniu przejętego przez pana księgozbioru.

b976c49ed16ccf10463f749b01ca1a32__136_Kolejną częścią „Oka” była powieść „Srebrna Łania z Visby„, w której losy Heleny, Marka i Staszka komplikują się jeszcze bardziej. Pojawia się jeszcze więcej zagadek, przetrwanie jest niepewne, a jedyna pewna rzecz to śmierć. Problem w tym, że uważać trzeba nawet na „swoich”. W „Srebrnej Łanii z Visby” pojawia się medium uwięzione w ciele młodej szlachcianki, bohaterowie zostają postawieni przed niezwykle trudnymi zadaniami, które z pozoru są proste, jednak gdy do głosu dochodzą ludzkie uczucia wszystko zdaje się nadmiernie komplikować…

– Na co czekasz, ty bydlę?! – zwróciłem się do łasicy. – Dobij. Będę miał to wszystko raz na zawsze z głowy. Ale zrób to teraz, bo jeśli tylko dasz mi cień szansy…
Zapadła głucha cisza. Znudziły jej się widać moje wrzaski i ponownie wyłączyła fonię. Staszek łkał całkiem otwarcie. Dźwięki powoli wracały, jakby ktoś podkręcał gałkę radia. Zwierzę siedziało dziwnie zadowolone i taksowało nas spojrzeniem.
– Wydobądź teraz scalak – poleciła chłopakowi. – Jej scalak – uściśliła.
Otarł twarz wierzchem dłoni i spojrzał z bezbrzeżnym zdumieniem. Potem przeniósł wzrok na zwłoki pod ścianą.
– Jak…? – wykrztusił.
– Jest umiejscowiony w pobliżu pnia mózgu. Musisz zrobić odpowiednią dziurę w czaszce. Bierz się do roboty, nie mamy całego dnia.

– Mam jej… odrąbać głowę?!
– Nie, możesz przecież dostać się do środka bez konieczności odcinania. Przebij się przez kości skroni. Siekiera stoi za drzwiami. Chyba że wolisz młotek.
– Ale… Nie! Nie zrobię tego – powiedział i zaraz zgiął się wpół w paroksyzmie bólu.

– Wykonać – warknęła. – Czy wy nigdy nie nauczycie się wykonywać rozkazów? Co za dziwaczna rasa! Podobnych do was obiboków nie ma chyba w całym zbadanym kosmosie!

852fb07ca3e7b3c3f7e0381659cd2327__136_Po „Srebrnej Łanii z Visby” dostaliśmy tom trzeci powieści zatytułowany „Oko Jelenia. Drewniana Twierdza„. Przynosi ona znaczne przyspieszenie akcji, jeszcze większe jej zagmatwanie, śmierć jednego z głównych bohaterów, helikopter i dodatkowe zagrożenie w postaci umiejących podróżować w czasie Chińczyków. Nie jest łatwo. Główni bohaterowie się rozdzielają, Marek podąża do tytułowej twierdzy – Bergen, po drodze walczy, prawie umiera, ale odnajduje tego, którego Łasica nakazała odnaleźć – jeszcze jednego przybysza z przyszłości, dziś znanego jako Alchemik Sebastian. Pojawia się także postać ciekawa i nie do końca dająca się rozszyfrować – Kozak Maksym.

Kozak poczekał, aż atrament wyschnie, i odwrócił pismo na drugą stronę. Naszykował sobie nowe pióro, z juków wyjął mały kałamarz napełniony sokiem cebuli.
Przybywszy do Stockholmu, odnalazłem wspomnianego człowieka. Żelazny komar pojawiał się tu ubiegłego lata i na samym początku jesieni bieżącego roku. Widziało go co najmniej siedmiu ludzi, ustaliłem ich listę i postarałem się wszystkich przesłuchać. Wykonane przez naocznych świadków szkice wykazują zbyt wiele podobieństw, by zrzucić to na karb przypadku, jednak jego gniazdo musi być odległe. Postaram się zużyć część funduszy na pociągnięcie za język bywalców portowej tawerny i pobliskiej karczmy. Będę próbował wkręcić się do domu zebrań Hanzy, może przyjmą mnie na posługacza. Tak czy inaczej, czuję, że choć w niewielkim stopniu, zbliżyłem się jednak do serca tajemnicy. Nie zdołałem nawiązać kontaktu z Peterem Hansavritsonem, gdyż odpłynął ledwie pięć dni przed moim przybyciem, ale zimuje tu ponoć jego okręt „Srebrna Łania” i dwaj jego ludzie, Sadko i Borys. Spróbuję ich podpytać o pochodzenie metalu, z którego wykonano łyżki. Prawdopodobnie zostanę w Bergen co najmniej do wiosny. Jeśli poszukiwania tutaj nie przyniosą rezultatu, ruszę na północ.”

fcfdca72746e16b81a94b118c2bc885d__136_Po niezwykłych wydarzeniach z „Drewnianej Twierdzy” przyszedł „Pan Wilków„, który w teorii powinien przynieść wyjaśnienie intryg, wydarzeń, dać rozstrzygnięcie… w rzeczywistości wyjaśnił jedno, zagmatwał drugie, zakończył jedne wątki, otworzył następne. I o ile wydawało mi się, że „Oko Jelenia” zakończy się na czterech tomach, tak po lekturze „Pana Wilków” mam nadzieję, że tak nie jest, i z niecierpliwością czekał będę na kolejne – o ile się pojawią. Hela i Marek trafiają do Gdańska, gdzie muszą stawić czoła nieprzewidzianym trudnościom, na północy Szwecji dochodzi do niespodziewanych rozstrzygnięć, których osią jest tytułowy Pan Wilków i gromada podróżujących w czasie Chińczyków. W dodatku Łasica na jakiś czas znika ze sceny… Książka kończy się tak, jakby za chwilę miał wyjść kolejny jej tom, czego sobie i Wam życzę.

– Co mamy uczynić dalej, pani? – zapytała Hela.
– Już nic – powiedziało zwierzę. – Zanurzę się w cieczy. Moje ciało ulegnie dezintegracji. Następnie to, co nazwalibyście nanotechem złoży je na nowo. Przez ten czas zapewnicie mi ochronę.
– Ile czasu będzie to trwało? – zapytałem, patrząc na zegarek.
– Około trzydziestu sześciu godzin.
– Tak, pani. – Hela dygnęła.
– Czy jest jeszcze coś, co powinniśmy wiedzieć? – zapytałem.
– Nic. Wszystko jest zautomatyzowane. Żadne wasze działania nie przyspieszą ani nie spowolnią tego procesu.
Wsunęła się do naczynia i znieruchomiała zwinięta w kłębek na jego dnie. Widziałem, jak rozpada się, jakby ktoś w niewyobrażalny wręcz sposób przyspieszył proces korozji, a może rozpuszczania w kwasie. Wreszcie na dnie leżało tylko trochę srebrzystego pyłu i kilka zielonych krążków…

* * * * *

Disclaimer: wszelkie cytaty i zdjęcia okładek pochodzą ze strony wydawnictwa Fabryka Słów i ich umieszczenie ma na celu jedynie promocję recenzowanych książek, nie stanowi naruszenia praw autorskich.