Mało mało mało piszę ostatnio, bo i jakoś czasu na pisanie owo nie staje. Napięty harmonogram, wyczerpujące szkolenie, wyjazdy – brak czasu i chęci na cokolwiek innego niż odpoczynek. Ale dziś napiszę – parę słów o filmie, który oglądałem w poniedziałek. „Mała Moskwa” w reżyserii Waldemara Krzystka.

Film opowiada o czasach, kiedy po II wojnie światowej stacjonowali w Polsce rosyjscy żołnierze. Jednym z miast, w których znajdował się ich duży garnizon była Legnica. Owa tytułowa Mała Moskwa. Nazwa ta przylgnęła do Legnicy z powodu tego, że stacjonujący tu garnizon był największym w Europie środkowo-wschodniej. W pewnym momencie Legnicę zamieszkiwało więcej Rosjan niż Polaków. Jest rok 1967, do Legnicy przyjeżdża rosyjski wojskowy wraz ze swoją piękną żoną. Wiera zafascynowana polską kulturą uczy się języka polskiego, wygrywa polsko-radziecki konkurs piosenkarski niesamowicie wykonując piosenkę Ewy Demarczyk „Grande Valse Brillante”, i przy okazji poznaje polskiego oficera, porucznika Michała… Tak zaczyna się historia wielkiej, a niektórzy mówią, że największej historii miłosnej jaką widziało to miasto.

Cała historia oparta jest na faktach – jej pierwowzór stanowi historia Lidii Nowikowej, która przyjechała do Polski z mężem – żołnierzem Armii Radzieckiej. Popełniła samobójstwo w październiku 1965. Bezpośrednim powodem była nieszczęśliwa miłość do polskiego oficera. Grób Lidii Nowikowej znajduje się na skraju rosyjskiej części Cmentarza Komunalnego w Legnicy przy ul. Wrocławskiej.

Film jest fascynujący szczególnie dla osób, które w Legnicy mieszkają od lat i pamiętają jeszcze czasy podzielonego murem miasta, bram z wielkimi czerwonymi gwiazdami, przemykania się między patrolami radzieckich żołnierzy. Dla mnie jednak film, choć fajny, jest jedynie typową love story. Nie mówię, że jest zły, bo nie jest, ale jednak to jedynie love story…