angels-demons-posterDan Brown jest takim pisarzem, który dzięki swoim powieściom wzbudza kontrowersje całego świata. Nie napisał ich, co prawda, wielu, jednakże dwie z nich stały się niekwestionowanymi bestsellerami, naruszyły tabu i poruszyły świat największej monoteistycznej religii na świecie. Obie też doczekały się ekranizacji. I właśnie o jednej z nich, najnowszej, „Aniołach i Demonach” w reżyserii Rona Howarda, chciałbym kilka słów w niniejszej recenzji napisać.

Na film ten czekaliśmy od dłuższego czasu a umiejętna propaganda, dynamiczne i ciekawe trailery owo oczekiwanie podsycały. O tym jak bardzo ten film stał się „ważny” zaświadczył mi tłum kinomanów w legnickim multipleksie w niedzielę o godzinie 21.00… Poszedłem bowiem wczoraj przekonać się czy „Anioły i Demony” są lepsze od ekranizacji „Kodu Leonarda da Vinci„. Oba filmy łączy postać głównego bohatera i aktora – w rolę Roberta Langdona wcielił się Tom Hanks, oraz postać reżysera. Oba filmy też, niestety, nie powalają na kolana i są ewidentnie wtórne względem książkowego pierwowzoru – nie budują nowej jakości i nie szokują.

Skoro napisałem już, że „Anioły i Demony” ani mnie nie zaszokowały, ani nie powaliły na kolana to czas napisać co mi się podobało. Podobała mi się muzyka. Świetnie dopasowywała się do nielicznych scen akcji, pomagała zbudować napięcie, czego niestety zabrakło w grze aktorów. Muzykę napisał Morten Lauridsen. Monumentalne momentami chóry świetnie pasują do monumentalnego przecież Rzymu i Watykanu. Muzyka więc na plus. Podobały mi się i dobrze, że w filmie tego nie zabrakło, ujęcia krajobrazów Rzymu i Watykanu. Filmowane z wysokości, pokazujące zabytki, przejścia, schody, klimat zatłoczonego zabytkowego miasta. Bardzo fajnie korespondowało to z muzyką. Drugi zatem plusik.

I teraz niestety plusy się kończą. Gra aktorska mnie nie zachwyciła. Tom Hanks poraz kolejny zagrał tak jakby był woskową kukłą z muzeum Madam Tussaud. Nie podobał mi się w „Kodzie Leonarda da Vinci” i nie spodobał mi się w „Aniołach i Demonach”. Był sztywny, nieciekawy i ogólnie niepasujący do dynamicznej przecież akcji filmu. W książkach Browna ważną postacią obok Langdona jest zawsze jakaś kobieta. W „Kodzie Leonarda…” u boku Hanksa zagrała świetnie Audrey Tautou, ale już grająca w „Aniołach i Demonach” dr. Vectrę Ayelet Zurer była… cienka. Prawie w ogóle nie widoczna, mało aktywna, zupełnie inna niż książkowy pierwowzór. Jedyną postacią w filmie, która jeszcze jakoś mi się spodobała był Kamerling Patrick McKenna zagrany przez Evana McGregora. Szczerze mówiąc był dużo bardziej przekonywujący i wyrazisty niż teoretycznie główna postać Langdona.

Akcja… cóż… film był przede wszystkim „na podstawie” a nie wierną ekranizacją powieści. Rzucają się w oczy ewidetne różnice. Nie wpływają one co prawda na najważniejszą część fabuły, ale… jakiś taki niesmak pozostał. Książka jest dynamiczna, dużo bardziej tajemnicza… w filmie wszystko staje się niejako jasne w pierwszych minutach. Dynamiczne elementy przeplatają się z wlokącymi się dialogami… brakuje polotu.

Brutalnie: większą ekscytację odczuwałem stojąc przed drzwiami sali kinowej dzierżąc w dłoniach wielki kubeł popcorn u i litrową pepsi niż oglądając ten film. Niemniej jednak film na pewno jest ciekawy poprzez swoją tematykę i poruszanie ważkich tematów – przywództwo Kościoła, rola nauki, relacja między nauką i wiarą. Jednakże jestem pewien, że możnabyło zrobić to znacznie ciekawiej.