Dawno nie pisałem nic o książkach – tych, które czytałem, czytam, czy chcę przeczytać. Dlatego dziś, dla odmiany od tematyki życiowo-facebookowej, kilka słów o najnowszym cyklu autorstwa Mai Lidii Kossakowskiej – jednej z moich ulubionych autorek w ogóle. Cykl „Upiór Południa” to cztery mikropowieści, których wspólnym mianownikiem są demony i upał. Wszechobecny, nieprzyjemny i niepokojący upał.

Maja Lidia Kossakowska jest autorką, która porusza. Każda jej powieść balansuje na cienkiej granicy świata rzeczywistego i świata „po drugiej stronie”. Wizje otaczającej nas rzeczywistości przeplatają się z obrazami sfery duchowej, bogów, demonów, upiorów, walki sił nadprzyrodzonych. Zawsze jest jakiś cel, zawsze jest misja.

„Upiór Południa”, mimo, że wszystkie powieści Kossakowskiej są niezwykłe, jest cyklem dojrzałym i pełnym – pod każdym względem. Fascynujące jest zróżnicowanie formy w jakiej opowieść się toczy – czy to monolog, czy klasyczna narracja, czy patrzymy oczami głównego bohatera, czy tkwimy w zawieszeniu nad sceną. Jak zwykle bywało gdy czytałem powieści Mai, tak i teraz, książka zmusza mnie do analizy zarówno scenerii, jak i bohatera/bohaterów – bo a nuż coś przeoczę. Powieści Kossakowskiej nie są łatwe – ale nie jest to zarzut, to ich zaleta. W cyklu „Upiór Południa” odwiedzimy gorącą Afrykę, spotykając niebezpieczne afrykańskie demony; odwiedziemy Dziki Zachód, gdzie poznamy upiora zmarłego rewolwerowca, który… co ciekawe wzbudza sympatię; odwiedzimy iracką pustynię po to tylko by następnie nagle znaleźć się w Ogrodzie, nad którym pieczę sprawuje Burzowe Kocię; a na sam koniec dowiemy się, że Piekło nie istnieje… chyba, że w naszym sercu.

Napisać o „Upiorze Południa”, że to powieść niezwykła to mało.

O „Siewcy Wiatru” i „Rudej Sforze” Mai Kossakowskiej pisałem wcześniej.