Johnny Deep, Heath Ledger, Jude Law, Colin Farrell, Christopher Plummer, Tom Waits – wymieszani w wielkim filmowym tyglu przez reżysera Terry’ego Gilliam’a – nazwiska robią wrażenie i z pewnością wielu myśli o tym, że film z taką obsadą to cudo samo w sobie. W rzeczywistości okazuje się, kolejny już niestety raz, że o wiele większe cuda zdziałać może machina marketingowa niż nazwiska. Każdy z wymienionych aktorów ma na swoim koncie wiele doskonałych kreacji i wiele niezwykłych filmów. Każdy ma też już też na nim (Ledger pośmiertnie) film „The Imaginarium of Doctor Parnassus” (znany u nas jako „Parnassus. Człowiek, który oszukał diabła”. I nie jest to powód do większej dumy.

Film widziałem w sobotę w wrocławskich Arkadach. Chciałem się na niego wybrać gdy tylko zobaczyłem zwiastuny – były ciekawe i wciągające. Takimi być powinny. Mają łowić i mnie złowiły. Jako, że w Legnicy filmu tego dystrybutor nie wrzucił na afisz wykorzystałem wycieczkę do Wrocławia i wraz z Asią udaliśmy się na film. Zasiedliśmy wygodnie w fotelach, na kolanach trzymając popcorn, pod ręką coca-colę, smakując wyflirtowane od obsługi czekoladki ;). Kilka ciekawych trailerów i zapowiedzi nowych filmów i zaczął się właściwy seans. Z myślami co o nim napisać biłem się od wyjścia z kina, a po prawdzie już w trakcie zastanawiałem się jak ubrać w słowa jakiś rodzaj mojego rozczarowania „Parnassusem”.

W wielkim skrócie o czym jest film. Tytułowe imaginarium to widowisko, w trakcie którego publiczność wybiera między radością a smutkiem, światłem a mrokiem. Z nim to właśnie jeździ po świecie Dr Parnassus (Christopher Plummer), który wiele setek lat wcześniej zawarł kilka zakładów i paktów z diabłem (Tom Waits). Jeden z paktów ma wysoką cenę: w zamian za nieśmiertelność musi oddać mu swoje pierworodne dziecko. Musi to uczyć w dniu jego 16 urodzin. Gdy przychodzi co do czego, doktor wcale nie zamierza jednak tego zrobić…

I w sumie fajnie. Nie powiem, że film się źle ogląda. Nie powiem nawet, że nie ogląda się go miło. Bo tak nie jest. Obraz wcale taki zły nie jest. Jest kolorowo, są ciekawe jazdy i wizje, wizualizacje wyobraźni tworzonej przez wchodzących do imaginarium są stworzone z jako takim rozmachem i odpowiednią szczyptą abstrakcji. Jednak wszystko to nie jest w stanie przysłonić mi wrażenia, że czegoś tu brakuje. Najpewniej tym czymś jest gra aktorska, która przez zdecydowaną większość filmu jest po prostu drewniana i jakaś taka niewydarzona. Muzyka, scenerie i historia w tle nie są w stanie zastąpić w stopniu wystarczającym sztywnych dialogów. Osobiście wkurzało mnie ciągłe urywanie opowieści, która stała się przyczynkiem do wydarzeń, których widz jest świadkiem. Zabrakło szerszego tła, a spod niedokładnie nim zakrytych scen wyłażą przed kamerę zwyczajnie niedoróbki. Film wydaje się być zrobiony na siłę, byleby go skończyć i wydać. Jakby w pewnym momencie ktoś zdecydował, że już dość czasu na niego poświęcono i czas projekt zamknąć. Zabrakło mi pazura, zabrakło ikry.

Mimo to film warto zobaczyć. Nie wykluczam, że taki a nie inny odbiór jest podyktowany wybujałymi dość oczekiwaniami wobec produkcji tak obsadzonej gwiazdami. Nie jest też wykluczone, że zwyczajnie filmu owego nie zrozumiałem skupiony na siedzącej obok Asi. Wszystko jest możliwe :) Sam zamierzam „Parnassusa” zobaczyć jeszcze raz, może wówczas mój osąd zweryfikuję. Dziś jednak stwierdzam, że film mnie nie powalił. Będę czekał na „Alicję w krainie czarów” zapowiedzianą na 5 marca tego roku. Mam wrażenie, że po trio Deep-Bonham Carter-Burton mogę się spodziewać tego, czego zabrakło mi w „Parnassusie”.