Tak, tak! Facet lubiący musicale to mniej więcej tak rzadkie zjawisko jak dziewica po 20-ce. Nie obrażając nikogo oczywiście. Ja musicale lubię. Nie widziałem ich w życiu swoim wielu, ale widziałem te najbardziej spektakularne ostatnich lat, które pojawiły się na wielkim kinowym ekranie – „Chicago„, „Moulin Rouge„, „Sweeney Todd: The Demon Barber of Fleet Street„, „Mamma Mia!„, „The Phantom of the Opera„, „Charlie and the Chocolate Factory” (będę upierał się, że to jest musical), „Rent„, „Dreamgirls„, a także serię „High School Musical” czy nieśmiertelne i legendarne „Cry-Baby” z genialnym Johnnym Deep’em w roli głównej. Tydzień temu poszliśmy z Asią do kina na najnowszy musical wyświetlany właśnie w naszych kinach – „Nine„. Oto kilka słów o tym filmie i moich wrażeniach, jak również kilka o tym dlaczego musicale lubię w ogóle.

Rob Marshall – reżyser „Nine” – ma na swoim koncie takie hity jak jeden z genialniejszych musicali – „Chicago”, czy świetną ekranizację świetnej powieści Arthura Goldena „Memoirs of a Geisha”. Najnowsze jego przedstawienie – bo tak chyba należy nazywać musicale – jest podobne w rozmachu do „Chicago” i podobnie jak ten zachwyca. Aczkolwiek… pierwsze wrażenia po obejrzeniu „Nine” podpowiadały mi, że zabrakło mi czegoś, co było i w „Chicago” i choćby w „Moulin Rouge”. Nie umiałem tego nazwać. Do teraz. Dziś, po tygodniu przemyślenia chcę powiedzieć, że w „Nine” brakuje mi gry kolorów, jaka cechowała dwa wyżej wspomniane tytułu. Paradoksalnie nie jest to zarzut dla najnowszego dzieła Marshalla. Film ten jest inny niż wcześniejszy jego musical. Jest pełen refleksji i dotyka zupełnie innej sfery życia. Pokazuje człowieka zmęczonego, będącego u kresu mocy twórczych, na którego barkach społeczeństwo kładzie ogromny ciężar oczekiwań, a który kilkoma, z pozoru błahymi, błędami przekreśla wszystko co do tej pory osiągnął. Poprzez przeplatające się sceny obecnego życia z retrospekcjami dzieciństwa i pierwszych doświadczeń surowego włoskiego społeczeństwa dostajemy obraz człowieka, który był na szczycie i ze szczytu tego spadł. Człowieka, który straciwszy wszystko zamyka się na świat obserwując i podpatrując go jedynie ukradkiem, a który w końcu postanawia w tajemnicy przed światem wrócić do swej wielkości tworząc dzieło mające w zamyśle być jednym wielkim rachunkiem sumienia. Najnowsze dzieło Marshalla przynosi nam moralizatorski ton i wskazówki mające nakierować nas na pamięć o tym co w życiu jest najważniejsze.

Daniel Day-Lewis (główny bohater – Guido Contini), Penélope Cruz (Carla – kochanka Guida), Judi Dench (Lilli – przyjaciółka, powierniczka Guida), Nicole Kidman (Claudia – muza Guida), Kate Hudson (Stephanie – dziennikarka pragnąca zdobyć głównego bohatera), Marion Cotillard (Luisa – żona Guida), Sophia Loren (matka Guida), Fergie (Saraghina – wspomnienie pierwszych erotycznych doświadczeń młodego, pacholęcego Guida). Tak prezentuje się obsada głównych ról tego przedstawienia. Rob Marshall postawił na wyraziste nazwiska, które mają przyciągać uwagę i udało mu się to. Jednocześnie udało mu się stworzyć takie dzieło, w którym nazwiska te nie przytłaczają, nie narzucają swojego stylu, w którym równie dobrze mogłoby tych nazwisk nie być, a film i tak miałby dalej swoją wartość. Podobnie jak aktorzy nie przytłaczają tego filmu scenografie – reżyser ograniczył nam wrażenia do mrocznych zakątków studia filmowego, hotelu, małych pokoików czy niewielkich fragmentów plaży i promenady. Jak na musical przystało jest w nim dużo muzyki i piosenek, i są to muzyka i piosenki świetne (zakochałem się w „Be Italian!” wykonywanym przez Fergie, czy w „Cinema Italiano” zaśpiewanym przez Kate Hudson). Są to opowieści same w sobie, które spinają całość historii w jeden spójny obraz i opowiadają nam życie i perypetie Guido Continiego.

Jak wspomniałem wyżej – „Nine” jest inne niż oglądane przeze mnie musicale. Jest mniej kolorowy, jest bardziej refleksyjny, na pewno jest nieco trudniejszy. Wspomniany brak gry kolorów podkreśla tylko ten wyjątkowy ton i przesłanie całego dzieła. Pomimo pierwszych wrażeń muszę dziś przyznać, trochę sam przed sobą, że z dnia na dzień coraz bardziej ten film lubię. Najczęściej jest tak, że z czasem pojawia mi się coraz więcej obiekcji względem oglądanego filmu, z „Nine” jest inaczej – obiekcje te zanikają, a film z dnia na dzień zyskuje nową wartość. Z pewnością obejrzę go jeszcze nie raz. Zachęcam do obejrzenia – mimo, że jest to musical, mimo, że jest to film nieco trudniejszy. Warto.

Na koniec warto wspomnieć parę słów dlaczego ja musicale lubię. Podoba mi się rozmach z jakim realizowane są sceny grupowe – tańca, śpiewu. Podoba mi się dobór kostiumów, wielka scena i poczucie oglądania przedstawienia. Podoba mi się sposób opowiadania historii – inny od fabularyzowanej powieści, jaką spotykamy w „tradycyjnym” filmie. To wszystko składa się na obraz nader ciekawy. Oglądając musical nie czuję się jak w kinie, a jak w teatrze czy innym przybytku tej natury. Ja oprócz kina bardzo lubię teatr – żałuję, że niestety tak rzadko w nim bywam. Jest szansa, że to się zmieni, jest też szansa, że w końcu wybiorę się do opery. Musicale póki co nieco mi atmosferę taką przybliżają/zastępują.