Alicja w krainie czarów” w reżyserii Tima Burtona to film, który wypada zobaczyć. Nie. Nie wypada. Trzeba zobaczyć. Byliśmy w kinie w niedzielę, na największej sali toruńskiego multipleksu, która zapełniona była może nie po brzegi, ale była pełna. Poszliśmy na wersję z napisami – co jak sądzę było wyborem ze wszech miar słusznym. Zasiedliśmy z Asią w wygodnych fotelach i zakładając na nos okulary 3D udaliśmy się w niezwykłą podróż serwowaną nam przez Tima Burtona. Fajnie jest wybrać się do kina większą ekipą – nas ostatecznie było sześcioro. Miło zasiąść w wygodnym fotelu trzymając za rękę kochaną kobietę i poddać się temu co przynoszą kolejne szalone obrazy. Oto kilka słów o najnowszym filmie Tima Burtona – „Alicja w krainie czarów” – wg mnie najlepszym filmie 2010 roku, a już zdecydowanie lepszym niż oglądany niedawno, a reklamowanym jako najlepszy „Parnasus”.

Tim Burton jest artystą raczej niepokornym – jego produkcje pełne przerysowań, makabry i niezwykłych wizji. Jest reżyserem tak znanych filmów jak „Edward Nożycoręki”, „Batman”, „Powrót Batmana”, „Jeździec bez głowy”, „Marsjanie atakują!”, „Planeta Małp”, „Charlie i fabryka czekolady”, „Gnijąca panna młoda” czy „Sweeney Todd: Demoniczny golibroda z Fleet Street”. Tym razem Burton porwał się na dzieło innego szaleńca – Lewisa Carrolla – jedną z najsłynniejszych baśni „Alicję w krainie czarów”. Reżyser pierwszy raz z książką Carrolla zetknął się w szkole. Teraz jest właścicielem domu, który należał do Arthura Rackhama, brytyjskiego ilustratora wydań „Alicji w krainie czarów” z początku XX wieku, a także autora rysunków do „Jeźdźca bez głowy” Washingtona Irvinga, którego Burton sfilmował 11 lat temu. Po „Alicję” Burton sięga będąc niezadowolonym z z wcześniejszych ekranizacji tej niezwykłej powieści Lewisa Carrolla. Co może przynieść eksperyment jednego szaleńca nad dziełem innego szaleńca?

Tim Burton nakręcił siedem filmów z Johnnym Deepem – jest on niekwestionowaną gwiazdą, i tandem ten niejako gwarantuje powodzenie produkcji i jej niezwykły odbiór. Ostatnio w jego produkcjach pojawiać się zaczęli także Helena Bonham Carter (prywatnie żona Burtona i matka dwójki jego dzieci) oraz Alan Rickman – tę dwójkę doskonale znamy z ekranizacji powieści J.K. Rowling o Harrym Potterze – Helena gra w nich Beatrix Lastrange, zaś Alan to aktor, który wcielił się w postać Snape’a. Deep, Carter oraz Rickman wystąpili już u swego boku w głównych rolach innej produkcji wyreżyserowanej przez Burtona – w „Sweeney Todd: Demonicznym golibrodzie z Fleet Street”. Od tamtej pory uwielbiam tych aktorów i osobiście bije im pokłony. W „Alicji” Deep wcielił się w rolę szalonego Kapelusznika, Bonham Carter w rolę okrutnej i znienawidzonej Czerwonej Królowej, zaś Rickman użyczył swego wyjątkowego głosu i akcentu Absolemowi – niebieskiej, gadającej gąsienicy, która w krainie czarów jest wyrocznią. Główna rola – Alicji – przypadła młodej, zaledwie 20-letniej Australijce Mii Wasikowskiej.

W najnowszym filmie Burtona Alicja nie jest małą dziewczynką – ma 19 lat i stoi przed trudnym życiowym wyborem – czy zgodzić się na ślub z człowiekiem, którego nie kocha. Na szali jest nie tylko jej szczęście, ale i towarzyska pozycja zubożałej po śmierci ojca rodziny. Stojąc przed tym dylematem, który rozwiązać ma się lada chwila na wystawnym przyjęciu zaręczynowym zorganizowanym bez jej wiedzy, Alicja dostrzega Białego Królika w marynarce z zegarkiem w ręku, który wyraźnie daje jej do zrozumienia, że jej czas się kończy. Zostawiając wszystkich gości Alicja udaje się za Królikiem i poprzez dziurę w ziemi u stóp umierającego drzewa trafia do Krainy Czarów. Jak się szybko okazuje to nie jest jej pierwsza tu wizyta – pierwszy raz w krainie Alicja była będąc dzieckiem, zaś jej wydaje się to jedynie snem. Młoda Alicja postawiona zostaje przed swoistym proroctwem i misją, której wg proroctwa tylko ona sprostać może. Problem w tym, że Alicja w ogóle w tej roli się nie czuje i nie znajduje…

W tym momencie wyraźnie podkreślony zostaje motyw walki człowieka z samym sobą – podróży wgłąb siebie i zmagań z otaczającą nas rzeczywistością, własnymi ograniczeniami, strachami i problemami. Głównej bohaterce nie pomagają mieszkańcy Krainy Czarów, którzy widząc jej nieporadność zaczynają się głośno zastanawiać czy to aby na pewno ta Alicja, i czy Królik nie popełnił błędu ściągając ją do Krainy. Wszystko to odbywa się pod presją czasu – w związku ze zbliżającym się określonym w proroctwie dniem ostatecznej walki dobra ze złem. Te dylematy stają się doskonałą pożywką dla Burtona, który w całej swej twórczości nie raz pokazywał jak bohater nie radzący sobie z rzeczywistością, nie umiejący się do niej dopasować, wycofuje się z niej, a samą rzeczywistość rysuje w barwach makabry czy grozy. Powieść Carrolla jest dziełem, wydawać by się mogło, stworzonym dla Burtona i aż dziw bierze, że do korespondencyjnego spotkania tych dwóch twórców nie doszło szybciej.

„Alicja w krainie czarów” jest filmem, który ogląda się z zapartym tchem. Galeria różnorodnych, neurotycznych i przerysowanych postaci przykuwa uwagę, opowieść jest wartka i się nie dłuży. Konsekwencją tego jest wrażenie, że film kończy się zbyt szybko, że coś tam jeszcze powinno być, że chce się w wygodnym fotelu zostać i dalej oglądać wielki łeb Czerwonej Królowej, jakby naćpany wyraz twarzy eterycznej Białej Królowej, szaleństwo w oczach wykazującego cechy cyklofrenii Kapelusznika, przemianę Alicji, czy w końcu niesamowity, nieziemski i pod każdym względem bezbłędny uśmiech Kota z Cheshire. Strona wizualna filmu jest z najwyższej światowej półki: plastyka, charakteryzacja, kostiumy, efekty specjalne itd. doskonale podkreślają absurdalność całej tej krainy i cechy charakteru poszczególnych postaci. Nawet wrażenie – „widziałem to już” – które pojawiło mi się wskutek klasycznej powieściowej walki dobra ze złem, czy ostatecznego starcia, które na myśl przywiodło mi ekranizację Narnii nie psuje mi odbioru tego filmu. Nie oceniam dubbingu – uniknąłem póki co tej wersji, choć z czasem i do niej sięgnę. Niemniej jednak należy się i słowo krytyczne.

Technologia 3D pozwala na wielki rozmach i może stanowić dodatkową wartość dodaną całego obrazu. Tak było w „Avatarze” czy w najnowszej odsłonie „Oszukać przeznaczenie”. W „Alicji” technologia ta równie dobrze mogłaby nie istnieć – nie zrobiła na mnie absolutnie wrażenia. Więcej! W zestawieniu z ceną biletu poziom tejże technologii w tym filmie był dla mnie rozczarowaniem. Tak czy inaczej – to jedyny zarzut jaki mam do „Alicji w krainie czarów” w reżyserii Tima Burtona. Gorąco polecam i sam nie raz obraz ten jeszcze zobaczę.