W świecie, gdzie jakością samą w sobie są gry wydawane przez Fantasy Flight Games, trudno wyprodukować planszówkę, która im dorówna. Na szczęście coraz częściej dzieje się tak, że do najlepszych dołączają wydawcy polscy, a wśród nich jest wrocławskie studio Let’s Play. Firma, znana dotąd głównie z erotycznej karcianki „Arkana Miłości”, tym razem wymyśliła i wyprodukowała grę z gatunku fantastyki pod tytułem „Labyrinth: The Paths of Destiny”. Zapraszam do lektury recenzji mojego pióra, która dziś ukazała się w portalu efantastyka.pl

Trzymając w rękach pudełko z grą mamy przed sobą solidnie i ładnie wykonany produkt. Rozpakowanie go zajmuje tylko chwilę i oto naszym oczom ukazuje się… lekki chaos w środku i pierwsza myśl: „a przegródki albo wytłoczka?”.

Bałagan na szczęście nieco ogarniają foliowe woreczki, w które zapakowane są poszczególne elementy, dzięki czemu nie walają się całkowicie luzem. Nie zrażeni tym faktem przeglądamy zawartość – i chwilę potem – mamy przed sobą: ramkę planszy, sześciokątne elementy korytarzy, dziesięć kart bohaterów wraz z opisami ich zdolności, karty Strażnika, żetony używane w rozgrywce, dwie kostki k6, plastikowe podstawki i pasujące do nich kartonowe wizerunki postaci (rozwiązanie znane z gry „Talizman” czy starej „Magii i Miecz”), instrukcję i arkusz z opisem pułapek. Zarówno instrukcja, arkusz pułapek, jak i karty postaci są dwujęzyczne – z jednej strony język polski, z drugiej angielski, co umożliwia grę w towarzystwie różnojęzycznym.

Wykonanie poszczególnych elementów gry jest bardzo dobre, można jedynie mieć uwagi do jakości i grubości kart postaci i Strażnika – w czasie grania wydają się być nieco zbyt cienkie i tym samym podatne na szybkie zniszczenie. Nie jest to jednak problem, z którym nie poradzą sobie karciane protektory. Pozostałe elementy – części planszy i żetony – są wykonane z grubego i wytrzymałego kartonu. Rewelacyjnie prezentuje się także jakość instrukcji i arkusza z opisem pułapek. Graficznie gra wygląda ciekawie – nie jest nachalna, nie bije po oczach, nie jest zbyt ciemna, a jednocześnie pasuje do fabularnego wprowadzenia do gry – wszak mamy do czynienia z mrocznym labiryntem gdzieś pośród piasków pustyni. Szata graficzna doskonale ten element oddaje. Graficzne oddanie zawiłości labiryntu – podwójne, a czasem potrójne korytarze, mostki, ślepe zaułki, itp. – tylko podnosi atrakcyjność rozgrywki.

Zasady gry są dość proste i czytelne, a dodatkowo dla początkujących graczy przewidziano pewne ułatwienia w rozgrywce. Przy drugiej, a już na pewno trzeciej grze sięganie do instrukcji stanie się niepotrzebne. Mimo tej prostoty nie można powiedzieć, że gra jest łatwa. Wszystko zależy od tego z kim gramy. Jeśli do stołu zasiądzie sześcioro wyjątkowo przebiegłych i myślących kilka ruchów do przodu graczy, to rozgrywka cechować się będzie bardzo wysoką nieprzewidywalnością i zwrotami akcji. Świetnie tę cechę rozwija obecność Strażnika, na którego ruch wpływ może mieć każdy uczestnik rozgrywki.

Rozgrywka polega na tym, że nasi dzielni bohaterowie muszą przebyć labirynt (za każdym razem jest on inny), cali i zdrowi zdobyć klucz i dostarczyć go do centralnego pomieszczenia całej struktury, uważając przy tym na liczne pułapki (stawiają je inni gracze) i unikając Strażnika, który nie jest typem kolegi z podwórka. Niby prosto, ale… raz, że każdy z graczy może nam się psocić na potęgę, czy to poprzez stawianie kolejnych pułapek, czy przez niezbyt z nim przyjemne spotkania. Dwa, że gracz grający Architektem może nam zamieszać akurat wówczas gdy idziemy prostą drogą w kierunku bijącego z centralnego pomieszczenia światła – pamiętacie jak w Harrym Potterze labirynt zmieniał swój kształt, korytarze znikały i się pojawiały? Architekt w tej grze potrafi sprawić właśnie to! Skakanie z mostów, wspinanie się na nie, przechodzenie przez ściany, itp. to tylko kolejne przykłady na to, jak przyjdzie się nam mierzyć z wyzwaniami Labiryntu. Trzeba przyznać, że jest on wymagającym przeciwnikiem.

Ważnym aspektem gry jest to, że nawet jeśli gracz niefortunnie stracił wszystkie punkty życia, nie odpada z gry. Tracąc jeden ze zdobytych kluczy (jest ich w sumie sześć do zdobycia, a zdobywając więcej niż jeden blokujemy zdobycie klucza pozostałym graczom), wracamy na pole startowe i rozpoczynamy przechodzenie labiryntu od nowa. Na wypadek nieprzewidzianych okoliczności mamy możliwość skorzystania z mocy zaklętej w Krysztale Losu, co pozwala raz jeszcze rzucić kośćmi w ważkiej dla nas chwili. Kryształ Losu można ładować i wykorzystywać ponownie – kosztuje to dwie akcje, czyli jedną kolejkę. I właśnie – runda opiera się na kolejno wykonywanych przez graczy akcjach, a każdy ma w danej rundzie do wykorzystania akcje dwie, co daje szeroki wachlarz możliwości – od budowania kolejnych części labiryntu, przez stawianie pułapek, ruch Strażnikiem, po schodzenie lub zeskakiwanie z mostów, wspinania się na nie itd. Niektóre działania kosztują nas jedną akcję, inne – aż dwie. Nigdy nie wiadomo, co postanowi zrobić nasz przeciwnik. Ciekawym elementem zabawy jest możliwość zawierania sojuszy między graczami. Smaczku dodaje fakt, że grę wygrać i tak może tylko jeden bohater, przez co trwałość tych sojuszy jest raczej krucha.

Mechanika gry daje nam wiele możliwości – na pewno należy skupić się na doprowadzeniu do własnego zwycięstwa, choć wskazane jest także przeszkadzanie innym graczom. Nie wolno zapominać o przewidywaniu już nie tylko swoich posunięć, ale też ruchów innych bohaterów. I właśnie w zależności od tego, jak mocno gracze będą sobie wzajemnie utrudniać, będzie zależeć długość rozgrywki: od około 20 minut przy opcji: „kochamy się wszyscy i sobie nie przeszkadzamy” po grubo ponad godzinę, jeśli robimy sobie pod górkę.

Przyznam, że jest to moja pierwsza recenzja gry planszowej, siłą rzeczy patrzę na „Labirynt” nie jak krytyk (względnie wydawca czy dystrybutor), ale jak gracz (choć ze sporym doświadczeniem). Jest to gra bardzo fajna, dająca uczestnikom kupę dobrej zabawy, ciekawie zaprojektowana i z pewnością nadająca się do rozpoczęcia świetnej imprezy ze znajomymi. „Labyrinth: The Paths of Destiny” to gra ciekawa i naprawdę dobra. Pytanie tylko czy jej cena – prawie 120 złotych – nie mogłaby być nieco niższa?

Robert „Czekan” Czekański

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękujemy
wydawnictwu Let’s Play oraz Mateuszowi Pronobisowi.


(fot. Bartek Janiczek)

Na koniec kilka słów od samych graczy:

Karolina:
Fajna gra, pełna „precelków”, od których czasem można dostać oczopląsu… grało się genialnie!

Przemek:
Podoba mi się graficzne wykonanie tej gry.

Bartek: Jest KUPA zabawy.

Tesska:
Bardzo przyjemna wizualnie. Instrukcja zrozumiała nawet dla mnie (dzień po imprezie)…

Jakość wykonania: 7/10
Grafika: 8/10
Grywalność: 9/10
Cena: 7/10
Ocena końcowa: 8/10

Plusy:

  • losowość w doborze bohatera i układu planszy
  • wykonanie żetonów, planszy, instrukcji
  • grywalność, interakcje graczy
  • szata graficzna
  • przejrzysta i przystępna instrukcja

Minusy:

  • nieco zbyt wysoka cena
  • brak przegródek w pudełku
  • słabsza jakość wykonania kart postaci i Strażnika

Tytuł: Labirynth: The Paths of Destiny
Oficjalna strona: labyrinth.com.pl
Autorzy: Kamil Matuszak, Mateusz Pronobis, Przemysław Solski
Wydawca: Let’s Play
Czas gry: 30 – 60 min.
Ilość graczy: 2 – 6
Wiek: 10+
Cena: 119,99 zł