Tag Archive: Kulturalia


Dawno nie pisałem nic o książkach – tych, które czytałem, czytam, czy chcę przeczytać. Dlatego dziś, dla odmiany od tematyki życiowo-facebookowej, kilka słów o najnowszym cyklu autorstwa Mai Lidii Kossakowskiej – jednej z moich ulubionych autorek w ogóle. Cykl „Upiór Południa” to cztery mikropowieści, których wspólnym mianownikiem są demony i upał. Wszechobecny, nieprzyjemny i niepokojący upał.

Czytaj dalej

Za oknem strugi deszczu zalewają Legnicę, ciężkie szare niebo wisi tuż nad głową, w sali szkoleniowej przytłumione światło, i ten hipnotyczny, uspypiający głos prowadzącego szkolenie z procedur, który po kilku sekundach zapomina co powiedział na początku wciąż rozwijanej wypowiedzi. Trochę żenada, trochę żal, a trochę wrażenie straty czasu.

Jesień na całego, a i w głowie jakby bardziej szaro i smutno. Nie wiem czemu. Myślałem, że może dwa dni gorszego nastroju miną szybko, a tu zonk i dalej na całego. Im dalej w dzień tym gorzej, rano było znośnie. Wczoraj znów nie mogłem zasnąć i w końcu jakoś po 1 w nocy mi się udało. Dobrze, że spałem chwilę po południu – dziś nie mam na to szans.

Wczoraj rozpocząłem lekturę książki pt.  „Łaskawe„, autorem której jest Jonathan Littell. Książka ma około 1000 stron, wczoraj połknąłem pierwsze 100. Zaskoczyła. Mocno. Stronnice tej powieści zaskakują – bezpośredniością opisów, brakiem ugłaskanej poprawności, wymownością słów i myśli głównego bohatera, i w końcu słowami „Nie żałuję niczego: taką miałem pracę i już. Co do moich rodzinnych historii, które też może tutaj przytoczę, to są one wyłącznie moją sprawą, a jeśli chodzi o całą resztę, pod sam koniec bez wątpienia przekroczyłem pewne granice, ale wtedy nie byłem już sobą, wszystko mi się mieszało, zresztą świat walił się w gruzy, nie ja jeden traciłem zmysły, przyznacie sami.” Powieść to swoiste wspomnienia byłego działacza, członka i oficera SS – postaci wykształconej (doktor prawa konstytucyjnego), uduchowionej (literatura, filozofia), ale i zbrodniarza, który cudem unika kary po wojnie. Powieść jest fikcją, ale czytając ją mamy wrażenie, że to wszystko się działo na prawdę. Szokuje beznamiętny ton wypowiedzi, szczegółowość relacji, brak skruchy. Szokuje cytowanie klasyków filozofii i niemalże obok opisy spotkań z wyższymi rangą funkcjonariuszami III Rzeszy.

„Die Berliner Kritik” nazywa powieść Litella książką niebezpieczną. I rzeczywiście coś w tym jest, bowiem od niemalże początku lektury towarzyszy czytelnikowi uczucie zagrożenia. Max Aue (główny bohater) kusi czytelnika swoimi słowami i myślami – fakt, że okraszonymi sprawną i efektowną retoryką. Problem w tym, że duża liczba jego argumentów jest niezwykle trudnych do zbicia. Czytelnik łapie się często na myśleniu – „on ma rację”. I tu tkwi zagrożenie. Wyobraźcie sobie bowiem przyznanie racji zbrodniarzowi, który mówi do nas tymi słowami: „Możemy także wyliczyć odstępy pomiędzy każdą kolejną śmiercią: daje nam to średnio jednego zabitego Niemca co 40,8 sekundy, jednego zabitego Żyda co 24 sekundy i jednego zabitego bolszewika co 6,12 sekundy, czyli średnio jedną ofiarę co 4,6 sekundy. (…) z zegarkiem w ręku, policzcie sobie: jeden trup, dwa trupy, trzy trupy… etc. co 4,6 sekundy, próbując „ujrzeć” je przed sobą kolejno: jeden, dwa, trzy trupy. Zobaczycie, to niezłe ćwiczenie medytacyjne.

Jesienne wieczory, pełne deszczu i szare dni, pełne ciężkich chmur to niezwykle wyjątkowy czas na lekturę powieści takiej jak „Łaskawe”. W sieci spotkać możemy taką ocenę „Łaskawych”: „Gigantyczny fresk historyczny przedstawiający ostatnie lata Trzeciej Rzeszy, wydarzenia na froncie wschodnim II wojny światowej i dzieje Zagłady. Wielowątkowa, licząca kilkaset stron epopeja nasycona aluzjami do greckiej tragedii, zbudowana na wzór suity Johanna Sebastiana Bacha. Filozoficzna przypowieść o Upadku i spotkaniu człowieka ze Złem. Powrót Mitu i jeszcze jedna konfrontacja z historią XX wieku, która u progu trzeciego tysiąclecia nadal pozostaje nie zagojoną raną…” – Pierwsza epopeja XXI wieku.

Zakończyłem czytanie dwóch powieści Mai Lidii Kossakowskiej – „Siewcy Wiatru” oraz „Rudej Sfory”. Czas podzielić się z Wami odczuciami względem tych książek. Jednym słowem wstępu – podobały mi się. Ale…

Ponad rok temu poznałem twórczość Mai Lidii Kossakowskiej wyrażoną w powieści „Zakon Krańca Świata”. Do wyżej wspomnianych powieści nie czytałem nic więcej z racji tego, że np. antologie opowiadań wszelakich najczęściej omijam szerokim łukiem. Tak też stało się względem Kossakowskiej. Opowiadań jej nie czytałem i czytać nie zamierzam – nie dlatego, że mi się mogą nie spodobać, ale dlatego, że gdy biorę do ręki książkę to chcę by zabrała mnie ona w podróż długą, nie kończącą się po chwili. Przystępując do tej mini recenzji – co pragnę podkreślić, gdyż nie jestem i nie pretenduję do roli krytyka literackiego, brakuje mi warsztatu i przygotowania merytorycznego, a pisać głównie będę o moich odczuciach względem poznanych pozycji – mam zatem porównanie trzech powieści Kossakowskiej: „Zakon Krańca Świata”, „Siewca Wiatru” oraz „Ruda Sfora”. „Rudą Sforę” skończyłem czytać w sobotni wieczór, moje wrażenia są wobec tego względnie silne i świeże.

Nie chcę Wam opowiadać o czym jest dana książka – chcę byście wzięli je do ręki i sami przeczytali. Nie będę się wgłębiał w fabułę i jej niuanse – powiem jedynie tyle, że w każdej z wyżej wymienionych powieści fabuła jest ciekawa i pozwala na odbycie ciekawej podróży do innych światów, a w zasadzie zaświatów. To jest pierwszy element, który w zasadzie łączy powieści Kossakowskiej. W każdej mamy alternatywny świat, w każdej mamy element duchowości, wyższych poziomów świadomości. W każdej w końcu mamy wizję apokaliptyczną względem świata, który opisywany jest w pierwszych słowach powieści. Oczywiście światy te, mimo, że tożsame powyższymi elementami, są światami różnymi i światami bardzo ciekawymi – w „Zakonie” mamy upadły świat cywilizacji, zniszczone miasta, zniszczone stosunki społeczne – to wszystko przywodzi na myśl wizję upadku tzw. Cywilizacji Zachodu (tfu! nie znoszę tego określenia), bohaterami są ludzie, nieco inni niż nasi sąsiedzi, ale jednak ludzie; w „Siewcy” mamy świat oparty na kosmologii angelologicznej – mamy siedem kręgów nieba i siedem kręgów piekła, mamy ziemię niczyją pomiędzy kręgami i mamy w końcu ziemię – bohaterami są głównie aniołowie – Ci prawomyślni i Ci upadli; w końcu w „Sforze” mamy świat oparty na mitologii ludów zamieszkujących tajgę syberyjską, w którym główną rolę odgrywają ludzie – szamani, ale i postaci i bogowie mityczni. Taka mała dygresja to to, że ów syberyjski świat bogów jawi mi się jako synteza mitologii wielkich religii monoteistycznych (mamy kręgi nieba i kręgi otchłani – piekła) i mitologii północnoeuropejskich i wschodnioeuropejskich opartych na znanym (mi ;P) głównie z mitologii germańskiej (skandynawskiej) drzewie – osi świata – wielkim Ygdrassilu. Koniec dygresji.

We wszystkich powieściach i światach Kossakowskiej pojawiają się istoty duchowe – są to potężne duchy, anioły (z całej anielskiej hierarchii), szamani, bohaterowie (w sensie istot nadprzyrodzonych), bogowie, czy wreszcie Stworzyciele. To jest ten drugi element łączący powieści Mai. On wypływa niejako z tego pierwszego. Trzeci ważny element, który jest podobny we wszystkich jej powieściach to postać głównego bohatera. Co łączy silnego i doświadczonego Larsa Bergesona z pół aniołem-pół upiorem Daimonem oraz niespełna trzynastoletniego Ergisa? Wszyscy mają za zadanie uratować świat – ten zarysowany na pierwszych stronach powieści. Uratować przed zmianami, które następują w rytm toczącej się opowieści. Bergeson walczy (czy raczej droczy się) z kastą swego rodzaju zakonników, którzy chcą narzucić i zdominować zasady rządzące światem, Daimon musi stanąć oko w oko z Antykreatorem, który pod nieobecność Boga zamierza zniszczyć Niebo i Piekło, czy wreszcie Ergis staje przed Stworzycielem by prosić go o interwencję w zabijanym przez Rudą Sforę świecie i ratunek dla niego.

Maja Lidia Kossakowska pisze ciekawie i w sposób przemyślany. Nie ma u niej miejsca na niedociągnięcia i na błędy merytoryczne – szczególnie w tak trudnej dziedzinie jak duchowość i mitologie, religie. Jej książki napisane są lekkim piórem, porywają do wspólnej podróży w głąb pokazywanego świata, ale i w głąb duszy głównych bohaterów. Kossakowska pokazuje nam, że dobro i zło są względne – nie ma czegoś takiego jak dobro czy zło absolutne, często okazuje się, że dobro jest złem, a zło potrafi być dobrem. To jest jedna z największych zasług Kossakowskiej – zmusza nas do spojrzenia na siebie samych z innej pespektywy, pokazuje, że świat nie jest tak prosty jakbyśmy tego chcieli, że ważne jest by podejmować właściwe wybory. Bo to one określają czy czynimy dobro, czy zło, tak samo jak wybory dobra z założenia wcale nie muszą nieść dobra, a wybory zła nieść zła. Każdy z nas ma w sobie i dobro i zło – być może to truizm, ale nie każdy z nas o tej prawdzie pamięta, czy chce pamiętać.

Jedyny mój zarzut wobec Kossakowskiej dotyczy właśnie zarysowanej wyżej schematowości jej powieści. Gdybym był nastawionym negatywnie do niej krytykiem to być może napisałbym, że czytając jedną powieść czytamy pozostałe – nie napiszę tak jednak z jednej przyczyny. Każda powieść Kossakowskiej odkrywa przed nami zupełnie inną rzeczywistość – innych ludzi, inne uczucia, punkty widzenia, czy właśnie wspomniane wybory. Po powieści Mai Lidii Kossakowskiej warto sięgać niezależnie od schematów w nich zawartych – każda bowiem pokazuje nam inny ciekawy świat pełen magii i duchowości – warto uciekać z Kossakowską w te światy, zostawić za sobą ten nasz rzeczywisty, a po powrocie z wycieczki spojrzeć na nas samych i otoczenie nieco inaczej. Maja Lidia Kossakowska pokazuje nam prawdy uniwersalne, to prawda, ale w dzisiejszych czasach nie jest to coś złego. Zbyt często o tych prawdach zapominamy i zastępujemy je czymś wygodniejszym. Zrywamy z naszą duchowością i rzucamy się w objęcia idei lekkich, łatwych i przyjemnych – powieści Kossakowskiej pokazują nam jak to może się skończyć.

W świecie filmu funkcjonuje, i nie raz się z nim spotkaliście, takie określenie jak „prequel”. Jest toto opowieść snuta o wydarzeniach, które zdarzyły się przed inną opowiedzianą już historią. Dziś opowiem o prequelu-książce.

Pamiętacie, jak opowiadałem o czworoksiągu opowiadań o Mordimerze – licencjonowanym inkwizytorze biskupa Hez-Hezronu. Dziś skończyłem czytać pierwszy tom opowiadań pod tytułem „Płomień i Krzyż„. Są to hisotorie pokazujące skąd na świecie wziął się Mordimer, jak trafił do Akademii Inkwizytorium, kim była jego matka, jego mentor, jaką nosi w sobie tajemnicę, skąd się wzięli i kim są Bliźniacy… „Płomień i Krzyż to symbole Świętego Officjum, instytucji niosącej w świat ogień jedynej i prawdziwej wiary. Ale to również dwa przeciwstawne sobie znaki – jeden symbolizuje perskich magów ognia, drugi walczących z nimi prawowiernych chrześcijan.” Mamy tu same smakowite kąski – niezwykle piękną i niebezpieczną kobietę, parającą się dwiema wyjątkowymi profesjami, mamy tajemniczy Wewnętrzny Krąg Inkwizytorium, który jest równie niebezpieczny jak tajemniczy, mamy krwawy bunt chłopstwa w Cesarstwie i jeszcze krwawszą rozprawę z buntownikami, potężną perską magię płomieni, tajemnice, knowania, i wiele szokujących scen.

Księga ta otwiera nam opowieści o świecie, w którym Chrystus na krzyżu nie umarł. Całość czyta się z przyjemnością. Napisane jest lekkim piórem, autor fikcję wymieszał z historiografią, zarysował alternatywną historię, zbudował całkiem spójny świat głównego bohatera. Z niecierpliwością czekam na tom drugi, a później już na kolejne opowieści w książce „Rzeźnik z Nazeretu„. Gorąco polecam – jeśli jeszcze nie czytaliście nic o Mordimerze to zacznijcie od „Płomień i Krzyż”.

Teraz czas zabrać się za Maję Lidię Kossakowską… za oknem listopadowy, mglisty wieczór, z ledwo przebijającymi się przez tę mleczną zasłonę światłami okien sąsiadów i latarni ulicznych… z dźwiękami wyciszonymi puchem mgły… znakomity czas na kojeną, tajemniczą, pachnącą farbą drukarską opowieść przy kubku gorącej herbaty z cytryną i stopami opartymi na ciepłym kaloryferze…

%d blogerów lubi to: